Zaloguj Zarejestruj

Zaloguj się na konto

Użytkownik *
Hasło *
Zapamiętaj moje dane

Załóż darmowe konto

Pola oznaczone gwiazdką (*) są wymagane.

Część 36: WELCOME TO THE GAS-WORKS

Część 36: WELCOME TO THE GAS-WORKS - 3.6 out of 5 based on 5 votes
1 1 1 1 1 Ocena 0.00 (0 głosy)
Część 36: WELCOME TO THE GAS-WORKS


Był piękny czerwcowy dzień. Na niebie nie było żadnej chmurki. Słońce było wysoko na niebie, ale…
- Dlaczego, do kurwy nędzy, na dworze jest sześć stopni! – Tygrysek jak zwykle prowadził kulturalną rozmowę z klechami ze stacji meteorologicznej. – A później się dziwicie, że bezdomni zamarzają! – sam się zdziwił, że to powiedział. Strasznie się wkurwił
Słuchawka roztrzaskała się o pobliską ścianę pociągając za sobą resztę aparatu. Tygrysek wrócił do reszty naszej brygady, która właśnie powoli budziła się z wczorajszej libacji suto zakrapianej wszelkimi alkoholowymi produktami Babyjagi ™. Były tam więc specjały typu Heracles Classic Płońsk Aperitif, Kozackoje Igristoje, BYX, Napuj Boguff i wiele, wiele innych. Ale było też jedno ale. Napoju wprawdzie było dużo, ale w roztworze z rzygowinami na podłodze, których nikt nie miał ochoty pić. Czyli w sumie klina nie było.
- Zając! Spierdalaj po klina! – poprosił grzecznie Kłapouchy. – Tylko szybko! Bo jak za pińć minut nie wrócisz to ci uszy w dupĘ wsadzĘ! – zaakcentował znanym tylko sobie powodom osiołek.
- Chyba cię jeszcze nie odćmiło po wczorajszym. Sam se spierdzielaj po klina jak ci go trzeba! – odpowiedział równie grzecznie Królik. – I nie nazywaj mnie zającem! Już ci tu któryś miesiąc wbijam do łba ty niedorobiony mule!
Tego Kłapuoszkowi było za wiele. Wyciągnął obrzyna i wycelował w Króliczka. Ten wziął jakiegoś shoutguna i równie sprawnie wycelował w Kłapouszka.
- Enaf! – zatekścił z wieśniackim akcentem Kubuś, który jak zwykle starał się tu grać rolę przywódcy. – Wy tu się kłócicie, pojeby, a nam klina trzeba! Jest zimno, więc pójdziemy wszyscy.
Reszta brygady uznała, że to dobry pomysł i nałożyła na swoje pluszowe karki różne szmaty, jakie znaleźli w mieszkaniu Obola. Przebiegli tak szybko jak mogli do domku Abrakadabrapokuskonstantynopolitańczykowianeczkitrzy. Chuj wyszedł również grubo ubrana.
- Yo Bajabagi! – Pro-siak już się plątał. – 3 sześciopaki winobloszczywin.
- Przykro mi przyjaciele, ale odłączyli mi gaz w gazowni i nie mogę teraz nawarzyć żadnego wina.
- Chuj! Nie chcemy cię dzisiaj spizgac. Wyskakuj z wina i będzie po wszystkim. – rzucił Tygrysek.
- Ale kiedy ja naprawdę nie mam! – przestraszył się Chuj.
Kłapouchy przymierzył się do strzału, ale został powstrzymany przez Puchatka.
- Czekaj. Ajw got ajne ajdija! – Kubuś wypolerował do końca perełkę wieśniaczenia.
- Mamy taką propozycję. My załatwimy gaz za darmochę, a ty nam wino na tydzień.
Pasuje?
- Może być. – Babajag był zadowolony z umowy.
- To na dwa tygodnie. – próbował się targować Prosiaczek.
- O nie! – zaprotestowała Babajaga stanowczo.
- Dobra, stoi. – Kubuś ponownie objął rolę przywódcy. – Idziemy, bo mnie kac męczy i chcę już małe conieco.
- Macie na drogę. – w ręku Babajagi niewiadomo skąd pojawiło się jakieś wino. – To Granat. Dobre wino.
- Mówisz, że dobre? – spytał Króliczek po czym spojrzał na etykietę. – Wino musujące. Skład: wino musujące, utleniacz, kwasowy barwnik zasadowy, E 126, E 143, E 356, E396 (…) E 53659, siarka. Fucktycznie niezłe! – ocenił wreszcie Królik po 15 minutach czytania. Idziemy!
Tak więc nasza brygada wybrała się do gazowni. Mimo, że nie widzieli, gdzie to jest, to po 15 minutach trafili pod wyjebiecie wielki szklany budynek. Na budynku widniało niebieskie logo G z jakimś pedalskim płomyczkiem, a z boku wychodziły jakieś rury.
- O kurwa! – mruknął pod nosem Prosiaczek. – To zrobiły pedały!
- Co? Czemu tak sądzisz? – wypytywał Tygrys.
- Rura po angielsku to pipe. To się będzie roić od pip! – wyjaśnił reszcie załogi Bekon. Na potwierdzenie tych słów z głównego wejścia wyszedła krzyś – największa pipa w Stumilowym Lesie. Pedaliki uniform był trochę zmoczony z tyłu. Każdy wiedział, co to oznaczało.
- O! Przyjaciele! – krzyś była wyraźnie ucieszona. – Przyszliście zapłacić rachunek za gaz? A może zobaczyć się z naszym panem prezesem? Proszę, proszę! – zapraszała ich do środka krzyś. Jako że nasza dzielna brygada nie miała ochoty na wyszukane zabawy, krzyś dostała od każdego z pięści i wpadła w krzaki. W krzakach coś zaczęło się kotłować. Po chwili wypadli z nich Łowcy Pip.
- Dziękujemy za pomoc w ujęciu tej pipy! – powiedział Szósty z nich.
- Tak! – wtórował mu Trzeci. – Don Vasyl ™ zajmie się tą pipą należycie.
- Do zobaczenia! – pożegnał się Ósmy i obaj udali się w nieznanym kierunku, ciągnąc za sobą pipę.
- Oki hołota, wchodzimy. – rzekł Kłapouch. – Strategia taka jak zwykle – zapieprzamy we wszystko co się rusza.
Nasza brygada wparowała do budynku. Tuż za progiem zobaczyli recepcjonistę, który wyglądał identycznie, jak…
- Wy debile! – pan Sowa jak zwykle podkreślił swoją wyższość intelektualną. – Czego tu szukacie? Nic uda wam się nic zrobić. Chyba, że przyszliście zapłacić za gaz.
- Siatapfakap! – Kubuś dał kolejny popis wieśniaczenia.- Gadaj gdzie prezes!
- Jak chcecie. Pierwsze drzwi na lewo.
- Jak go powiadomisz, to już jesteś death! – tym razem nienaganną angielszczyzną popisał się Królik.
- Właśnie, że nie powiadomię. – rzekł Sowa.
- Nasza ekipa poszła więc do wskazanych drzwi. Na drzwiach był pedaliki napis: „Nie wchodzić bez zaproszenia, chyba że masz na imię krzyś lub jesteś innym z moich chłopców na posyłki ;)”.
- Nie mówiłem, że pipy jakich mało? – przekonywał Prosiak.
- Dobra. Wchodzimy! – rzucił Kłapouchy. Każdy z naszych bohaterów uzbroił się w co tylko miał i wszyscy weszli do środka. Zobaczyli tylko jedną wielką lufę oraz około 16000 mniejszych. Po drugiej stronie na wyświetlaczu wyświetlił się napis Bye-Bye. Drzwi się zamknęły. Wszyscy skoczyli do Puchatka, który wyrwał ze ściany grzejnik i osłonił się nim. Nagle zadzwięczał im w uszach jakiś odgłos, po czym wszystko nagle się skończyło.
- Ale mnie łeb zapieprza. – zaczął się budzić Tygrysek. - Zamknijcie kurwa to okno bo piździ jak na pieprzonym biegunie!
- Co my wczoraj piliśmy? – kontrolnie zapytał Kubuś. I dlaczego zamiast obrzyganego dywanu widzę czyste krzaczki?
Kłapouchy powoli otworzył oczy i jego oczom ukazało się logo, który zobaczył na własne oczy. Pedalskie G z pedalskim płomyczkiem w pedalskiej ramce.
- Panowie! Jesteśmy przed gazownią w krzakach! – uświadomił to wszystkim osiołek.
- Ale żeśmy dostali! – jęknął Prosiaczek.
- Zemsta!!! – krwawy wzrok misia mówił sam za siebie. – Idziemy do mnie.
- Nie piliśmy od 24 godzin! Jestem krańcowo trzeźwy! – lamentował Królik.
Nasza brygada udała się do domku Puchatka. Usiedli na kanapie w pozycji leżąco-olewającej i zaczęli obmyślać akcję sabotażowo-dywersyjną z użyciem narzędzi krzywdząco-niszczących. Królik skoczył do pana Sowy. Kulturalnie zapukał, ale chyba trochę za mocno, bo drzwi się rozleciały w drzazgi. Poszperał w jego laboratorium i wreszcie znalazł to czego szukał – wzbogacony uran 235! W zapiskach Sowy znalazł też przepis na taki sam DaBomb jak przy wysadzaniu generatora deszczu. Sklecił więc szybko DaBomb II, tylko że potroił ilość uranu. Prosiaczek załadował swoje wierne Uzi i wziął do kieszeni 24 zapasowe magazynki. Tygrys wziął strzelbę myśliwską i paralizator elektryczny, który miał na pamiątkę po walce z dresami. Kłapouszek wziął jak zwykle swojego obrzyna i całą masę amunicji. Królik po powrocie z DaBomb II skoczył do siebie po parę granatów i ładunków C4. Ale Puchatek przeszedł sam siebie. Nie wiadomo skąd skombinował Karabin M16 z podłączonym granatnikiem, wyrzutnię rakiet oraz kilkadziesiąt pojemniczków z gazem musztardowym. Nasza brygada ruszyła do gazowni po odwet. Wszyscy łyknęli też z zapasowej butelki Granata, który uchował się nie wiadomo jak w kieszeni Królika. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że pod żadnym względem nie ustępuje on Heraclesowi. Ta kropla alkoholu wystarczyła, żeby podnieść ducha walki w naszych bohaterach. Wkroczyli oni do gazowni.
- Wy deb… - nie dokończył, gdyż trafiła go celna seria z Uzi Prosiaczka.
- Jak mu się poszczęści, to może przeżyje. – wycedził Bekon. Idziemy do drzwi.
- Otwieraj a ja wrzucę DaBomb II. – zaproponował Królik. Puchatek wyjął mu z kieszeni 2 ładunki C4 i wrzucił je do pomieszczenia. Zaraz za nimi poszybowała DaBomb II.
- Uwaga! Mamy 15 sekund! – Krzyknął osioł, któremu udało się podejrzeć czas na wyświetlaczu.
Wszyscy wypieprzyli z gazowni. JEEEEEEBS!!! Siła wybuchu była potężna, ale ani trochę nie naruszyła struktury budynku. Drzwi były porządnie przestawione i lekko dziurawe.
- O kurwa! Ale wytrzymałe pomieszczenie! – zacmokał Puchatek z podziwem.
Cała brygada weszła do pomieszczenia i zauważyła, że sala mocno ucierpiała, ale nie było skutków promieniowania.
- Może w takim małym pomieszczeniu promieniowanie wyniszczyło samo siebie? – Królik próbował wyjaśnić zaistniałą sytuację. Wszystkie działa i działka zostały rozwalone w drobny mak. Gdzieniegdzie ze ścian wystawały jakieś osmolone kikuty. Naprzeciw drzwi zobaczyli w ścianie jakiś mały prostokącik. Tygrysek podskoczył do niego i wcisnął. W podłodze wysunęło się małe przejście.
- O! Pipy zrobiły ślizgawkę! No, to kto pierwszy? – zapytał Puchatek, który był jak zwykle przywódcą.
- Nie ja. – wymamrotał ze strachem w oczach Kłapouch.
- Ja też nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee…….!!! – krzyknął Królik i w tym samym momencie został wepchnięty przez Tygryska i Prosiaczka do rury. Jechał tak jechał i nabierał prędkości. W końcu zobaczył koniec tunelu. A na końcu jakiś drąg położony równolegle do kierunku jazdy długouchego.
- Nie! – tylko tyle zdążył wyszeptać, gdyż wleciał na tą pedalską pułapkę, która była ustawiona metr od końca tunelu. Drąg długości ponad metra wrył się z impetem w odbyt Króliczka. Po paru minutach nasz bohater wreszcie doszedł do siebie i zaczął się wygrzebywać z kłopotliwej sytuacji. Zaczął się powoli czołgać z górę czepiając się rękami śliskiej powierzchni ślizgawki. Centymetr po centymetrze. Już miał wyjąć drąg z dupska, gdy nagle.
- Królik! Zjeżdżaj! – wykrzyknął Kłapouchy i z impetem wleciał z Królika. Drąg wbił się w jego zad z podwójną mocą.
- Aaaaaauuuuuu… - wyjęczał cicho Królik.
- Kurwa! – zaklął Pro-siak i wpadł na dwójkę zaklinowanych w tunelu.
- Aa… - jęknął tym razem słabiej Królik.
- Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiihaaaaaaaaaaaaaa!!! – Tygrysek był w ekstazie, dopóki nie wpierdolił się w resztę oczekujących.
- Aaaaaaaaaaaaaajajaaaaaaaaaaj!!!!!! – zawył Królik, po czym nie wytrzymał i zemdlał.
- Łooo!!! – krzyknął ostrzegawczo Puchatek i, chcąc, nie chcąc, wleciał w resztę towarzyszy.
Po mniej więcej pół godzinie wszyscy wygrzebali się ze zjeżdżalni i zajęli się Króliczkiem. Wyglądał on okropnie. Każdy z Was wyglądałby tak samo, gdyby zjeżdżając przy prędkości 34 km/h wbił Wam się w dupę metalowy drąg metrowej długości. Po pięciu minutach doszedł on do siebie i wypił resztę Granata, którego cała ekipa jednogłośnie zdecydowała się mu oddać.
- Co jak co, ale o kumpla trza dbać. – wyeksplajnował Prosiaczken.
Długouchy mógł poruszać się o własnych siłach, aczkolwiek powoli i w dużym rozkroku. Z reszta od tego momentu nasza brygada poruszała się tylko powoli uważając na jakieś kolejne pułapki, które zastawiły na nich pzg (pipy z gazowni). Prosiaczek miał pecha i wdepnął nagle w wiązkę lasera. Momentalnie włączył się alarm i ze wszystkich stron posypały się na naszych bohaterów pipy od ochrony obiektów. Były to pipy, ale miały broń i było ich zakurwiście dużo! Na pierwszy ogień poszły wszystkie pojemniki z gazem musztardowym. Brygada ubrała maski gazowe i wszystkie pipy padły jak muchy. Spokój jednak nie trwał długo. Zaraz zjawiły się następne. Królik rzucał granaty gdzie tylko mógł. Kłapouch repetował obrzyna tak często, że niemalże nie było przerwy między strzałami. Tygrys rozrywał grupki pip seriami ze strzelby myśliwskiej, a niedopałki traktował paralizatorem. Prosiaczek walił ze swojego Uzi po kilkanaście nabojów na sekundę. Jednak prawdziwą rozpierduchę robił nie kto inny jak sam Kubuś. W jednej ręce trzymał M 16 i siekał po 700 pocisków na minutę. Na ramieniu miał wyrzutnię rakiet, którą operował drugą łapką. Co chwila wylatywał z niej jeden pocisk. Po czym Kubuś szybko ładował następny nie przestając miotać kule swoim M 16. Mimo takiego uzbrojenia szala zwycięstwa zaczęła się powoli przechylać na stronę pip z ochrony obiektów. Nasi bohaterowie byli już bardzo zmęczeni i pipy powoli zyskiwały nad nimi przewagę, gdy nagle do akcji wkroczyli Łowcy Pip! Pierwszy, Drugi, Trzeci, Czwarty, Piąty, Szósty, Siódmy, Ósmy, Dziewiąty, Dziesiąty, Giermek i Don Vasyl ™ jednocześnie otworzyli ogień. Widać że mieli doświadczenie, gdyż jeśli pipa chciała uskoczyć w bok to obojętnie co zrobiła – pocisk trafiał ją w sam środek czoła. Łowcy wyczuwali, gdzie pipa chce zrobić unik i w tamto miejsce posyłali kulkę. Po kilkunastu minutach wszystkie pipy z ochrony obiektów leżały martwe.
- Dzięki za pomoc. – wysapał zmęczony Kubuś. Wiedział, że bez pomocy Łowców Pip byliby już martwi.
- Nie ma za co. – odkrzyknęli chórem Łowcy. – Rozpierdolić masę pip to dla nas przyjemność! – dodał Don Vasyl ™. – Do zobaczenia! – po czym obydwaj skierowali się w sobie tylko znanym kierunku.
- No proszę! Nareszcie z nich jakiś pożytek! – ucieszył się Prosiak. – Patrzcie! Zostawili nam nawet butelkę Heraclesa!
- Dawaj! – wykrzyknął Kubuś, który znów odkrył w sobie zdolności przywódcze.
Sprawiedliwie (czyli pierwszy – Kubuś wypił najwięcej, najwięcej ostatni – Królik – najmniej) rozdzielili całą butelkę. To im przywróciło sprawność fizyczno-duchową. Już nie byli tak do końca trzeźwi. Mieli w sobie te 0,5‰ alkoholu. Mało, bo mało, ale dla wytrawnych smakoszy to już coś. Weszli w korytarz prowadzący do biura prezesa. W końcu wdarli się do małego pokoiku. Za biurkiem siedział pewien bardzo głupio wyglądający osobnik. Żychski-Maserok – tak głosiła metalowa wizytówka stojąca przy jego biurku.
- Co to za nazwisko?! – wyjebał Kłapouch.
- Bułgarsko-Murzyńskie? – zaryzykował Prosiaczek.
- A może Cygańsko-Eskimoskie? – tym razem spróbował sił Królik.
- Witajcie! – powiedział wreszcie pedalski dyrektorek. Obrócił się na chwile plecami do naszych bohaterów i cała ekipa zauważyła czerwone pasy biegnące w poprzek jego pleców.
- Od czego to kurwa jest?! – znów spytał osiołek
- Pewnie kablem od wiadra go bili. – próbował wyjaśnić Tygrys.
- Zwariowałeś! Wiadra są teraz bezprzewodowe. Technika zadziwia! To na pewno było zrobione anteną od parapetu. – Królik dał popis niezwykłej inteligencji.
- Enaf! – Kubuś zakończył spór. – Wy się tu, kurwa, kłócicie a my mamy dżob do zrobienia!
- Kurwa Misiek! – nagle Żychski-Maserok zaczął coś mamrotać. – To jest kabel od żelazka a nie żadne inne gówno.
- Nie nazywaj mnie Miśkiem pipo! – but Kubusia wylądował na szczęce prezeska czyniąc ją nieco przekrzywioną.
- A mi jest tej pipy żal. – wzruszył się Kłapouszek – Mama go biła w dzieciństwie kablem od żelazka
- Co…?! – zaczął Tygrys, ale Prosiaczek przerwał mu szybko.
- W takim razie… - kontynuował osiołek. - … zakończmy jego marny żywot.
- Nie! – wrzasnął Żychski-Maserok po czym dał nura pod biurko.
- Wyłaź! – Królik przypomniał sobie o metrowym drągu w swoim tyłku i sypnął granatem w biurko. Biurko się rozleciało. Nie było śladu po prezesie.
- Właz! – ryknął Kubuś. Przyjaciele szybko otworzyli właz i zobaczyli znikającego za zakrętem ślizgawki dyrektorka.
- Oooo nie! – zaparł się Tygrysek, który dobrze pamiętał wygląd Królika. – Ja pierwszy nie jadę.
Długouchy nie wiadomo skąd wytrzasnął linę. Zawiązał wokół siebie jakiś węzeł i dał jeden koniec do trzymania naszym przyjaciołom.
- Czekajcie na znak. – wysapał, po czym rozpędził się i wparował w rurę. Reszta ekipy zobaczyła tylko jak znika za zakrętem. Po mniej więcej 40 sekundach usłyszeli donośny krzyk z rury, zwielokrotniony przez echo.
- W góręęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęę!!! - darł się Królik. – Tylko Szybkooooooooooooo!!!
Brygada w mig podciągnęła qmpla do góry. – Właz! Szybko, dawajcie właz! – Królik był mocno wystraszony.
- A gdzie masz to wiadro granatów, które wziąłeś do tunelu? – zapytał niepewnie Kubuś.
Coś w dole huknęło, po czym zaczęło się przemieszczać do góry.
- W nogi! – wrzasnął Kłapouch, blokując właz.
- Przyjaciele wyskoczyli za drzwi. W tym momencie rozsadziło właz i morze ognia wlało się do pomieszczenia. Ale że drzwi były pancerne, toteż naszym przyjaciołom się nic nie stało. Szybko przeszli do wielkiej sali, w której mieściły się tysiące zaworów. Ale na szczęście pipy miały poukładane wszystko alfabetycznie i nasza ekipa szybko znalazła pokaźny rurociąg z napisem Babajaga ™. Szybko znaleźli jakąś pipę.
- Pisz mi na tej kartce słowa „Dożywotnia dostawa gazu”. Tylko, kurwa, szybko! – Kłapouszek grzecznie wymusił napisanie paru słówek. Tą kartkę przyczepili obok rurociągu i szybko odkręcili gaz.
- No, chłopaki, wracamy do domu! – Tygrys był zadowolony. – Wracamy po Heraclesa i po Granaty! Po drodze wstąpili do Kalafiora kupić coś na ząb. Marzena im postawiła oczywiście! Każdy dostał po butelce wina marki Wino – Rocznik Bieżący. Że już te Francuzki nie mają co robić, tylko takie łajno sprzedają.
- Przecież to ma mniej niż 20% alkoholu! To nie wino! – lamentował Prosiaczek.
Nagle w całym lesie zrobiło się o 20 stopni cieplej.
- O! – ucieszył się Tygrysek. – Pewnie Babajaga zaczęła znów majstrować z gazem i dlatego się ociepliło!
Wszyscy uradowani, że jest cieplej i że jest co pić rozeszli się na chwilę do domków i przebrali się w świeże futerka, bo tamte były całe zakrwawione. Zaraz też pobiegli do Babyjagi po swoją darmową dostawę wina, po czym poszli do domku Puchatka odnieść pierwszą partię win. Później poszli jeszcze po drugą i trzecią. W końcu Babajaga oświadczyła, że starczy im to na 4 dni. I miała rację! Libacja byłą wyjebiecie wielka i trwała 4 dni.

@ll by Anto$!
antos440@interia.pl

KONIEC CZĘŚCI TRZYDZIESTEJ TRZECIEJ

Sonda

Używasz antywirusa?

Tak - 74.8%
Nie - 9%
Czasami uruchamiam - 6.7%
Że co? Robię manicure i pedicure - 9.5%
Głosowanie w tej sondzie zakończyło się